UKS "5" Zgierz

“Sprawcy sukcesu” – sportowa rodzina Szymańskich

Anna, Wojciech, Sylwia i Maciej – dzięki nim możemy szczycić się wieloma mistrzowskimi tytułami zawodników tego „zwykłego”, a niezwykłego klubu, mówiąc – oni są ze Zgierza! Rozpoczął wszystko Wojciech, ale stopniowo dołączali do niego pozostali członkowie rodziny.

Wojtek jako dziecko marzył o karierze kolarza…, jednak ojciec zapisał go do sekcji łuczniczej KS „Boruta” (intuicja go nie zawiodła!), gdzie pierwszym jego trenerem był Jan Just. Startując w barwach klubu „Boruta” uzyskiwał znaczące wyniki i należał do ścisłej czołówki polskich za- wodników: uzyskał III miejsce na mistrzostwach Polski juniorów (drużynowo z Januszem Norkiem i Andrzejem Bogusławskim w 1966 r.) i wicemistrzostwo Polski (drużynowo z Januszem Norkiem i Januszem Szellem w 1968 r.). Po ukończeniu gdańskiej AWF (specjalizacja w pływaniu i łucznictwie) podjął pracę nauczycielską i instruktorską w macierzystym KS „Boruta”. Klasę trenerską osiągnął w 1980 roku na podyplomowych studiach trenerskich w Krakowie. W latach 1977-83 pracował z zespołami I i II ligi kobiet w łódzkim klubie „Społem”. Od 1983 roku wrócił do Zgierza podejmując pracę trenerską ponownie w KS „Boruta” oraz w SP nr 5 jako nauczyciel wychowania fizycznego (od 1991 roku także wicedyrektor szkoły). Założenie UKS „Piątka” było przełomową chwilą w jego życiu – szkoleniu młodych adeptów łucznictwa poświęcał odtąd każdą wolną chwilę, godząc pracę zawodową z trenerską. Prężna sekcja łucznicza szybko awansowała do czołówki krajowej. Jego umiejętności były dostrzeżone – w 1996 r. otrzymuje po raz pierwszy nominację na trenera kadry Polski juniorów. Ekipa, za którą był odpowiedzialny wraca z San Diego (USA) ze srebrnym medalem drużynowo i brązowym indywidualnie Marty Podkopiak. Na tych Mistrzostwach Świata Juniorów startowała również córka trenera – Sylwia, która była pierwszą „gwiazdą” UKS „Piątka”: zdobyła dwa brązowe medale na Mistrzostwach Polski w 1994 roku, złoty i brązowy medal w I Ogólnopolskiej Olimpiadzie Młodzieży w 1995 roku, III miejsce w za- wodach o Puchar Polski w 1996 r., XII miejsce w klasyfikacji zawodów o Puchar Europy w 1996 r., była rekordzistką Polski juniorów w strzelaniu na 18 m. w hali (172 pkt. na 180 możliwych do uzyskania).

Na Mistrzostwach Świata startowała dwukrotnie (1994 i 1996) i otrzymała powołanie do olimpijskiej kadry narodowej Sydney 2000. „Amazonka”, „dziewczyna Robin Hooda” – takie tytuły prasowe nadawali dziennikarze pisząc o jej sportowych osiągnięciach. Podobnie jak tato, nie od razu garnęła się do łucznictwa – kochała żeglarstwo, ale od dziecka „chłonęła” ojcowską pasję, a zachęcona dodatkowo perspektywą podróży (za- wody, zgrupowania), zdecydowała się spróbować swoich sił w tej dyscyplinie. Przyszedł czas, że ukończyła krakowską AWF, zrobiła uprawnienia instruktorskie i także zajęła się szkoleniem młodszych. Pomagała w pracy klubowej swojej mamie Annie w czasie, kiedy Wojciech pełnił funkcję trenera kadry narodowej Polski juniorek Ateny 2004, a później kadry łuczników egipskich.

Anna włączyła się w pracę szkoleniową klubu, kiedy jej mąż po raz pierwszy został powołany na stanowisko selekcjonera kadry Polski juniorów (1996 r.). Z wykształcenia jest plastyczką, trenerką łucznictwa i sędzią klasy państwowej. Przed laty była bardzo dobrą zawodniczką łódzkiego „Społem” (przez 10 lat), powołaną do kadry narodowej, ale kontuzja i późniejsze kłopoty zdrowotne nie pozwoliły jej na wyczynowe uprawianie łucznictwa. Podkreślała zawsze, że plastyczne postrzeganie rzeczywistości, a szczególnie zasada harmonii, pomagały jej zarówno w strzelaniu jak i pracy trenerskiej. Przydało się to wielokrotnie również przy organizacji kolejnych sportowych imprez: potrafiła np. w sobie tylko znany sposób, namalować przy kuchennym stole 15-metrowy transparent potrzebny na zawody. Pomoc mężowi w prowadzeniu klubu przedłużyła się na przeszło 20 lat… Jej trenerska maksyma przynosiła efekty: „zawodnicy nie mogą oglądać smutnego trenera, bo wtedy zaczynają się niepokoić, że coś jest nie tak. Szkoleniowiec musi się uśmiechać i zarażać optymizmem swoich podopiecznych!” Zajmowała się szkoleniem przede wszystkim grupy dzieci i młodzików, w czym osiągnęła wiele sukcesów. Jednak pod nieobecność męża (wyjeżdżał na zgrupowania, zawody, turnieje z kadrą) musiała „ogarnąć” całą pracę klubową i szkolić wszystkie kategorie wiekowe zawodników. Sukcesy córki były świetną zachętą dla młodych, którzy coraz liczniej garnęli się do uprawiania łucznictwa (czasem nawet nie wszyscy mieścili się w hali treningowej). W 1997 roku po raz pierwszy na łuczniczych torach pojawia się nazwisko Justyny Mospinek, która wraz z Katarzyną Olczak i Katarzyną Walczak zdobywają zespołowo wicemistrzostwo Polski młodziczek, a w następnym roku „do gry wchodzi” kolejny Szymański – syn Maciej. Powiedzenie „nie- daleko pada jabłko od jabłoni” jest ulubioną sentencją rodziców, ale dzieci wolą powiedzieć: „uczeń przerósł mistrza”… Dobrze wiemy, że szkolenie cudzych dzieci jest o wiele łatwiejsze niż własnych, jednak sukcesy Sylwii, a potem osiągnięcia sportowe Macieja mówią same za siebie: członek kadry narodowej juniorów, wicemistrz Polski juniorów młodszych 1999 r., wicemistrz Ogólnopolskiej Olimpiady Młodzieży 1999 r., halowy wicemistrz Polski seniorów, drugi w klasyfikacji generalnej Pucharu Polski (1999), uczestnik Halowych Mistrzostw Świata we Florencji (1999), srebrny medalista w Pucharze Europy (drużynowo) i szósty w klasyfikacji końcowej Pucharu Europy w 2000 r.

Klub coraz bardziej rozwijał się, młodych adeptów nie brakowało, ale brakowało pozostałych rzeczy koniecznych do dobrego funkcjonowania… Nieustannie borykano się z brakami wyczynowego sprzętu, kombinacjami jak najtaniej dojechać na ważne zawody, ciągłym zmartwieniem za co zorganizować obóz szkoleniowy, jak przetrwać kolejny rok… Maty strzelnicze były po treningach remontowane, a podziurawione papierowe tarcze były podklejane od spodu, żeby jeszcze raz je wykorzystać, bo nowe są aż po 3 zł… (1998 r.) Ta sytuacja nieco poprawiła się po iście desperackiej organizacji Halowych Mistrzostw Polski w Zgierzu. Po pierwsze doceniono organizatorów, zauważono istnienie UKS „Piątka”, a poza tym impreza przyniosła szereg wymiernych korzyści: oprzyrządowanie techniczne, numery startowe, wskaźniki wyników, 40 mat strzelniczych, jednolite stroje zawodników. Od tej chwili łatwiej było też starać się o dotacje, m. in. na zimowe i letnie obozy szkoleniowe dla sekcji juniorów i młodzików. Było to bardzo ważne, ponieważ rodziców często nie było stać na finansowanie wyjazdów swoich dzieci. Radzono sobie w różny sposób, np. od 1995 roku przez przeszło 10 lat klub współpracował z bliźniaczym klubem FC Erzgebirge prowadzonym przez małżeństwo trenerów Anitę i Vofganga Gönert w Aue (Saksonia, Niemcy). W każdym roku młodzież spotykała się na wspólnych turniejach, zawodach kontrolnych, treningach (na zmianę: raz w Zgierzu, raz w Aue). Zawodnicy byli przyjmowani do zaprzyjaźnionych rodzin i aktywnie spędzali czas rozgrywając wiele sportowych pojedynków, poznając się i zwiedzając okolicę.

Ale członkostwo w klubie to nie tylko przyjemne spotkania, wyjazdy, turnieje i sportowe sukcesy, to przede wszystkim ciężka praca, co nie zawsze podoba się kandydatom na łucznika – przyjść, popatrzeć, postrzelać na próbę – owszem, ale systematyczność, wysiłek fizyczny, odporność na warunki atmosferyczne – to już zupełnie inna sprawa. Trening trwa najczęściej 2 godziny, czasem dłużej – w zależności od kondycji. W tym czasie ok. 120-150 razy napina się łuk o naciągu ok. 19-20 kg, czyli trzeba dźwignąć mniej więcej 3 tony dziennie… A tak lekko to wszystko wygląda z boku! Jedyną motywacją do podjęcia takiego wyzwania jest prawdziwa chęć, „połknięcie bakcyla”, a potem osiąganie wyników na zawodach – to mobilizuje. Jednak z rywalizacją też bywa różnie, a w sporcie wszystko może się zdarzyć. Nawet jeśli jest się wysoko po rundzie klasyfikacyjnej, nie oznacza jeszcze, że ma się pewny medal. Nie bez znaczenia są warunki atmosferyczne i to, na kogo trafi się w bezpośrednich pojedynkach. Kiedy pojawiają się porażki, to przychodzi rozczarowanie i zniechęcenie, co prowadzi nawet do zaniechania treningów. W łucznictwie potrzeba dużej odporności psychicznej i kondycji fizycznej – dlatego tak niewielu z wielu dochodzi do mistrzostwa w tej dyscyplinie.

Sami trenerzy też przeżywali lepsze i gorsze chwile. Po przejściu na emeryturę w 2000 roku Wojciech Szymański mógł jeszcze więcej czasu poświęcić na szkolenie, co dało wymierne rezultaty w sukcesach jego podopiecznych: Justyny Mospinek, Katarzyny Andrzejak i syna Maćka. Jednak Justyny na Igrzyska w Sydney 2000 nie powołano, mimo jej fenomenalnych wyników. Prasa pisała: „nie dla niej Sydney” – najlepsza polska łuczniczka, mistrzyni juniorek i seniorek nie została powołana do kadry w Sydney z powodu młodego wieku (17 lat). Było to jedno z największych rozczarowań dla Justyny, jej trenerów i wszystkich zgierzan, którzy wiernie kibicowali naszej wspaniałej zawodniczce. Na dowód swoich umiejętności zdobyła w Gorzowie mistrzostwo Polski seniorek zwyciężając olimpijki, przygotowujące się do startu w Sydney – triumfowała w strzelaniu z łuku klasycznego. Natomiast trener został ponownie powołany na stanowisko selekcjonera kadry narodowej Polski juniorek. Odpowiadał przez 12 miesięcy za przygotowanie olimpijskiej reprezentacji – Ateny 2004. W tym czasie jego podopieczne podwyższały swój poziom sportowych umiejętności i wiele osiągnęły: na Mistrzostwach Świata w Chinach nasza drużyna zajęła siódme miejsce, wcześniej w Korei czwarte miejsce w zawodach Pucharu Świata, a także w tym samym składzie, 4 m. na MŚ w hali oraz brązowy medal (także zespołowo) w Pucharze Europy. Do tego doszło wicemistrzostwo świata Agaty Bulwy w hali oraz to, że w tym czasie zostało po- bitych wiele rekordów Polski. Ogłoszenie konkursu na stanowisko trenera kadry, po roku pełnienia przez niego tej funkcji, Wojciech Szymański przyjął jako votum nieufności i… nie przystąpił do konkursu. Zdecydował się na trenowanie innej kadry – przez 2 lata szkolił łuczników w Egipcie wspominając tę afrykańską przygodę z satysfakcją i sentymentem.

W tym czasie jego obowiązki opiekuna klubu znów przejęła żona Anna, która zawsze podkreśla, że jeśli chodzi o współpracę w tym czasie z Justyną, to jedynie zastępowała męża, który ją wcześniej przygotowywał do startu na ME i słuchała jego zaleceń, nawet jeśli chodziło o wybór łuku, z którego miała strzelać na zawodach… On natomiast mówił, że w swojej żonie Annie ma nieocenionego pomocnika i jest spokojny o przygotowanie zawodników. Tak było zawsze – obydwoje nie bardzo chcą mówić o swoich osiągnięciach, ale radości, kiedy Justyna zdobyła w 2008 roku Puchar Świata – nie zapomną nigdy.

Z okazji X-lecia Klubu przyznano im Srebrne Krzyże Zasługi, a Justynie Mospinek – Brązowy Krzyż Zasługi. W 2005 roku Wojciech Szymański i Justyna zostali wyróżnieni honorową odznaką Zasłużony dla Miasta Zgierza.

Trenerzy zgodnie podkreślają, że tak jak na początku działalności, tak i teraz – klub to zespół ludzi, którzy włączają się we wszelkie prace związane z jego działalnością. Bez nich nic nie byłoby możliwe. Najwierniejszymi działaczami od przeszło 20 lat pozostali rodzice Justyny: Barbara i Krystian Mospinkowie, ale nieoceniona jest również praca Grażyny Janickiej, która od wielu lat prowadzi księgowość „Piątki”. Działania Klubu są możliwe dzięki wydatnej pomocy sponsorów, których nie sposób wymienić. Dzięki nim wszystkim zawodnicy mogą trenować, reprezentować godnie UKS „Piątka” i osiągać wyniki, którymi szczycą się Polacy.

Share on facebook
Share on twitter